Co jakiś czas znajomi pytają się mnie, dlaczego nie komentuję kolejnego wpisu prawie designera. Cóż, jego najnowszy hype został nieco sztucznie wykreowany i brakuje mu autentyczności. Oczywiście, miło mi że postanowił lansować się nickiem w swoj notce, generując raptem 140 refererów (w porównaniu do poprzednich jatek jest to wynik słaby) i nie mam mu tego za złe, że linkuje do nieprofesjonalnych blogów.
Pozostawiony przez Piotra problem jest ciekawy – na ile blog jest autonomiczną właśnością autora – a na ile należy do „społeczności”. Z jednej strony – oczywiste prawa własności (moj dom to moja twierdza), z drugiej epoka łebdwazerowosci i liberalnych licencji wyznających zasadę (dziel się tym ze wszystkimi). Podział na blogi profesjonalne i popularne, nie znajduje tutaj racji bytu – dla każdego profesjonalizm może oznaczać coś diametralnie innego. Widać więc oczywistą sztuczność takie podziału. Można też by się zastanawiać, dlaczego w wielu ciekawych dyskusjach polskiej blogosfery, pojawia się nick naszego ulubieńca. Czyżby sam sobie przeczył?
Sądzę, że bawienie się w jednoosobowy „urząd z ulicy Mysiej” (czyt. cenzura) jest pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Chamskie i wulgarne zaczepki można oczywiście usuwać – nie widzę w tym nic nagannego. Usuwanie wpisów „nie po myśli” autora bloga – budzi mój niesmak. Nikt takiego autora nie będzie traktował poważnie w dłuższym okresie czasu. Interpretacja jest prosta – autor nie umie podjąć rzeczowej dyskusji, nie potrafi bronić swojej opinii, więc jest niepoważny. Nie widzę tutaj możliwości obrony argumentu, że cenzura taka jest przydatna i ma sens.
A z całkiem innej beczki:
Ostatnio, mam straszne zaleglości w czytaniu RSSów. Zdarza mi się je czytać hurtowo w czasie dłuższych sesji – jak na przykład w pociągu. Moje przemyślenia są jednoznaczne – RSS to kanał informacji. Po coś zostały wymyślone. Umieszczenie tylko zajawek do przeczytania wpisów uważam za haniebne. Czy faktycznie chodzi głównie o ściągniecie ludzi na stronę bloga i zarobienie na Adwordsach? Jeśli inwestuję czas w dodanie RSSach do moich feedów – robię to w określonym celu – interesuje mnie tematyka która autor danego bloga porusza. Zmuszanie mnie do większej aktywności tylko po to by wygenrować większy ruch za który płacę (gprs) jest głupotą. Dziś z mojej Opery, której używam do czytania feedów wyleciało kilkanaście blogów. W kolejce czekają kolejne ;)
Popularity: 6% [?]
Spojrzyj na sprawę zajawek w RSS z drugiej strony. U mnie feed generuje naprawdę sporo ruchu (bo część userów najwyraźniej ustawiła sobie w czytnikach strasznie krótki czas między sprawdzeniami kanału), a że na tym samym koncie chodzi jeszcze parę serwisów, a konto płatne, to zdecydowałem się na wystawianie tylko zajawek.
Jak za jakiś czas okaże się, że to nie pomogło, to przywrócę całe notki :)
@Łukasz: W obrębie konta masz całkiem sporo ruchu, ale w zupelnosci rozumiem że nie chcesz go „marnować” na bloga – może powinienes rozważyć rozwiązanie takie jak FeedBurner? Używam i jestem bardzo zadowolony. Poza faktem oszczędności ruchu masz eleganckie statystyki itp.
Wiesz, nazwa Rich Site Summary mówi sama za siebie. Tak samo polskie tłumaczenie: „nagłówki wiadomości”.
Też lubię czytać wszystko przez RSSy – jest to bardzo wygodne, niemniej jednak zamierzeniem autorów tej technologii było właśnie ściąganie ludzi na strony poprzez publikację łatwych do ściągnięcia skrótów wiadomości.
@azreal: dzieki za pewnego rodzaju sprostowanie. Zzwroc uwage jednak, ze nie kazda technika sluzy akurat w taki sposob, w jaki stworzyli ja autorzy. (vide gmail i GFS eg)
Tak więc moje zdanie. Blog należy do osoby która go pisze. To że go nikt nie będzie czytał nie przeszkadza mi, bo piszę tam dla siebie a nie dla innych. Zarabiać na google adwords czy innych badziejstwach nie mam zamiaru, ponieważ mnie strzasznie te rzeczy irytują i od razu lecą w adblocku. Co do rssów to mam czasami podzielone zdania. Mam sporo rssów dodanych i zwykle przeglądam je i nie wszystkie czytam, więc tak zwana zajawka (szczególnie w dużych serwisach) pomaga mi odcedzić to co chcę przeczytać :]